Nie wiem, jak u Ciebie, ale u mnie czasem dzień zaczyna się całkiem niewinnie i nie zapowiada się żaden fuck up. Budzik dzwoni o 7:00, mam ambitny plan: kawa w ciszy, szybki prysznic, może nawet zdrowe śniadanie, może odrobina ogarnięcia. No właśnie – mam plan. A życie?

Życie tymczasem wchodzi z buta, rozlewa kawę na komputer, wypuszcza psa z błotnistym ogonem na świeżo umytą podłogę i przypomina, że dziś miałam oddać coś ważnego, co oczywiście nadal leży w szufladzie, zawinięte w dobre chęci.

I wtedy już wiem: to będzie jeden z tych dni.

cena pierwsza: rozsypana rzeczywistość

Zaczyna się zazwyczaj od drobiazgu. Przypalam owsiankę. Albo odruchowo polewam wodę do czajnika, w którym… leży mój telefon (tak, serio). Próbuję się z tego śmiać – przecież to nie koniec świata – ale potem okazuje się, że dzieci nie mają czystych skarpet, ja mam spotkanie online z ważną osobą, a moje włosy postanowiły współpracować z grawitacją, a nie z lokówką.

To nie jest jeszcze dramat. To jest preludium.

Scena druga: cichy bunt

W takich chwilach mam ochotę się zbuntować. Nie przeciwko systemowi, polityce czy nawet sąsiadowi z wiertarką. Przeciwko życiu, które – jakby złośliwie – nie chce działać tak, jak zaplanowałam. W głowie leci mi wewnętrzna lista: „Po co ja się staram? Czemu znów to samo? Czy naprawdę nie mogę mieć jednego dnia, w którym coś pójdzie po mojej myśli?!”

I wiesz, co robię?
Zaparzam sobie herbatę.
Staję przy oknie.
I mówię na głos: “No to się, k*a, nie udało.”

I to działa.

Scena trzecia: śmiech przez łzy (albo łzy przez śmiech)

Bo przecież kiedy tak się rozsypuje dzień, rozsypuje się też kontrola. A wraz z nią… coś odpuszcza. Nagle okazuje się, że nie trzeba wszystkiego naprawiać. Że można usiąść na kanapie, przytulić się do psa i uznać, że dziś świat będzie krzywo zapięty. I że to jest w porządku.

Czasem wystarczy posprzątać tylko stłuczony kubek. Resztę zostawić na jutro.
Czasem trzeba wypić trzecią kawę i do niczego się nie zmuszać.
Czasem dobrze jest pogapić się w sufit i wyobrazić sobie, że ma się osobistego chaos managera z magiczną różdżką. Ja go sobie nazwałam Franek. Franek nie ogarnia, ale przynajmniej nie marudzi.

Scena czwarta: życie dalej się kręci (nawet jeśli nie ogarniasz)

Nie wiem, kto wymyślił, że mamy być „ogarnięte”, „skuteczne”, „stabilne emocjonalnie” i „produktywne”. Ale wiem, że ten ktoś nigdy nie zalał wrzątkiem ładowarki i nie pomylił kremu do twarzy z pastą do zębów.

Każdej z nas się zdarza.
Każda z nas ma dni, kiedy wszystko się sypie, pralka nie wypompowuje wody, a dzieci zadają pytania z filozofii egzystencjalnej akurat wtedy, kiedy chcesz po prostu zjeść kanapkę.
To jest życie. I to właśnie w takich dniach nabieramy dystansu, który ratuje nam głowę.

Bo przecież najczęściej potem – po tej całej katastrofie dnia codziennego – idziemy spać, przykrywamy się kołdrą, zamykamy oczy i… budzimy się rano.
I jakoś znów mamy siłę spróbować jeszcze raz.

Scena piąta: lekcja, której nie chciałaś, ale chyba była potrzebna

Zawsze mnie bawi (albo wkurza – zależy od dnia), kiedy ludzie mówią: „Każdy fuck up to lekcja”. Bo umówmy się – w momencie, gdy zalewasz dokumenty herbatą, nie masz ochoty być uczennicą życia. Masz ochotę być potulnym burrito zawiniętym w koc, z pilotem w jednej ręce i czekoladą w drugiej.

A jednak… coś w tym jest. Z perspektywy czasu widzę, że to właśnie te trudne dni, kiedy wszystko idzie nie tak, nauczyły mnie cierpliwości do samej siebie. Że nie muszę zawsze mieć racji, planu, czystych okien i gotowego obiadu. Że mogę się pomylić, rozlać, popsuć i nie załamać się od razu. A nawet jeśli się załamię – to też jest okej. Ważne, żeby potem znów się podnieść. Albo chociaż przekręcić na bok i sięgnąć po tę czekoladę.

I Ty?

Jeśli też masz czasem dzień, który zasługuje na Oscara za kategorię: Najlepszy film katastroficzny z udziałem jednej kobiety i dużej ilości bałaganu, to chcę Ci powiedzieć: jesteś wspaniała.

A jeśli masz ochotę, podziel się w komentarzu swoim ostatnim życiowym fuck upem – śmiejmy się razem. Bo najlepszą terapią jest wspólne westchnięcie i zdanie:
„Oj, dziewczyno… też tak miałam.”